Teatr Telewizji TVP

Dawid Ogrodnik: komediowa próba sił

– Spotkałem się z rodowitym Hiszpanem i nagrywałem go. Rozmawiałem także z nim. Trochę w domu potrenowałem wymowę, czyli uczyłem się konkretnych słów na słuch – mówi Dawid Ogrodnik, grający rolę Olafa, narzeczonego Neli w spektaklu Teatru Telewizji „Brancz” Juliusza Machulskiego.

Całkiem niedawno debiutowałeś w Teatrze Telewizji w „Bezdechu” Andrzeja Barta. Później były „Skutki uboczne” Petra Zelenki w reżyserii Leszka Dawida. Teraz rola u Juliusza Machulskiego w „Branczu”. Nieźle to wygląda…

– Tak. Polubiłem tę przygodę z Teatrem Telewizji i cieszę się, że jest to przyjaźń obopólna.

Te trzy role są zupełnie różne. W „Bezdechu” była to rola syna głównego bohatera, który zagubił się w życiu, w „Skutkach ubocznych” grasz homoseksualistę, który przemienia się w Hanę i w kobiecych ciuchach śpiewa po czesku w kabarecie. Tu grasz hiszpańskiego narzeczonego Neli. Jest tu chyba potencjał na brawurową rolę?

– Nie myślę w ten sposób, czy uda mi się stworzyć jakąś brawurową rolę. Skupiłem się na zadaniu, które jest dla mnie czymś nowym. Nie brałem jeszcze udziału w takiej komedii sensu stricte. Chciałem w takim gatunku spróbować swoich sił. Jest to bardzo przyjemna praca.
 
Tutaj oprócz fizycznego przeobrażenia się w Hiszpana, a właściwie Katalończyka – chodzi o strój i tę kręconą fryzurę – musiałeś poduczyć się wymowy języka hiszpańskiego. Były jakieś lekcje?

– Spotkałem się z rodowitym Hiszpanem i nagrywałem go. Rozmawiałem także z nim. Trochę w domu potrenowałem wymowę, czyli uczyłem się konkretnych słów na słuch. Oczywiście na planie znalazło się wiele osób pomocnych i moje wypowiedzi były jakoś korygowane.

Jak Ci się współpracuje z tą ekipą, którą zastałeś na planie? Jest Anna Seniuk, Stanisława Celińska, Gabriela Muskała, Andrzej Zieliński, Cezary Pazura…

– Na planie była bardzo miła atmosfera – taka koleżeńska. Przyjemnie być z tymi ludźmi. Miło jest dołożyć swoją małą cegiełkę do tego przedsięwzięcia.

Partnerujesz tu Alicji Juszkiewicz, dla której rola Neli to debiut. Z tego, co widziałem na planie, to daje sobie znakomicie radę…

– Tak. Ja jestem bardzo pozytywnie zaskoczony i bardzo jej kibicuję. To jest bardzo uzdolniona dziewczyna i bardzo fajnie się z nią gra. Zresztą z wszystkimi super się gra. Jest naprawdę bardzo „branczowo”.

Nie wiem, czy masz – poza talentem – może wyjątkowe szczęście w życiu, że udaje Ci się grywać tak różne role, jak chorego Mateusza w „Chce się żyć”, czy choćby tę w „Branczu”. Jakoś reżyserzy dostrzegają w Tobie potencjał do grania tak różnorodnych ról. Jak sądzisz, jak to się dzieje?

– Tak rzeczywiście jest, ale mnie samego to mnie zaskakuje. Ja w sobie tego potencjału, który oni dostrzegają, nie widzę. Potem, kiedy zaczynam pracować nad rolą, która jest mi powierzona, to zwykle tak jest, że zaczynam dobrze się w tym czuć. Na pewno ci reżyserzy są lepszymi obserwatorami ode mnie.

Ja jako obserwator dostrzegam, że wczuwasz się w powierzane Ci role. Jaki jest Twój sposób pracy?

– Staram się dać tyle, ile wypracowałem. Wiele zależy od tego, jak czuję w danym momencie i jaką mam kondycję konkretnego dnia. To zależy od wielu czynników. To co widzimy na ekranie jest jakąś wypadkową tych wszystkich momentów.

Rozumiem, że zdarzało Ci się oglądać spektakle Teatru Telewizji, a szczególnie te, w których grałeś?

– Muszę się przyznać, że „Bezdechu” ani „Skutków ubocznych” jeszcze nie widziałem, ale postaram się to nadrobić. Wtedy będę miał do czego się odnieść. Będzie można porównać to co sobie wyobrażałem na ten temat i tego co się udało i tego co się nie udało. Na tym polega samokształcenie się, więc na pewno skorzystam z okazji, że mogę się uczyć. Jeśli chodzi o te stare spektakle z tzw. złotego okresu Teatru Telewizji, to widać , że dzisiaj robi się to zupełnie inaczej.

W ostatnim czasie jesteś zdecydowanie na fali. Była nagroda na festiwalu w Gdyni, czy Filmowy Orzeł. Nie udało Ci się tylko z Nagrodą Zbyszka Cybulskiego. Jak odnajdujesz się w takiej sytuacji? Czy to Cię nieco nie przytłacza?

– Właściwie nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Tego szczególnie nie zauważam. Pracuję nad czymś, myślę o czymś nieustannie i nie mam czasu zwracać uwagi na inne rzeczy. Oczywiście zwiększyła się, siłą rzeczy, moja rozpoznawalność, a człowiek czasami chce być sam, ale nie stanowi to dla mnie jakiegoś ogromnego problemu.

Rozumiem, że jest życie po „Branczu”…

– Są jakieś projekty, ale nie są jeszcze skonkretyzowane w stu procentach, więc trudno jest powiedzieć.

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz